Na parapecie wyrosła mi trawa. Zielona. Palczatka cytrynowa. Spora, żarłocznie wyciąga listki do słońca, w kuchni jakby pociemniało od tej zachłanności. Trawa ma historię. Półtora miesiąca temu przywiozłam ją z Bangkoku. Owiniętą w folię i dla pewności skrępowaną taśmą klejącą – żeby czasem nie wylazła z plecaka. Jechaliśmy z dwudniowym przystankiem w Londynie, a ona zakneblowana bardzo dokładnie tkwiła sobie w bocznej kieszeni plecaka i ani nie mruknęła, że chce pić. Dopiero w domu dostała wody, bidulka.
Wygląd początkowy: mało zachęcający. Barwa na początku podróży: bladozielona. Z wierzchu zdrowo wysuszona. Przycięta od góry bez litości. W Bangkoku kilkanaście godzin w lodówce, potem w luku bagażowym (też jej nie rozpieszczali), 4 dni bez wody, a następnie półtora miesiąca z towarzyszkami stłoczona w wazonie. I jest. Żyje. Kwitnie niemalże. Korzonki jej się poplątały wprost nieprawdopodobnie z korzonkami swoich współtowarzyszek. Najwyraźniej kocha te swoje koleżanki, bo oddzielić jedną z nich nie sposób – trzeba by te biedne korzonki poszarpać. Serce się kraje, więc kolejny dzień ją oszczędzam. Dziś w końcu zrobiło się majowo - nareszcie! Będzie miała słońca, ile zapragnie, bo w końcu zasadzę ją w ogródku. Zaraz obok kijanek, które hodujemy w deszczówce od trzech tygodni.