Archiwum z Czerwiec 2010

Łasuchu! Do pracy!

26 Czerwiec 2010

Z wieści łasuchowych pragnę donieść, że żeberka w restauracji “U Ducha Gór” w Karpaczu warte są grzechu.

Jednak Kącik Łasucha w codzienności ustępuje innym priorytetom i dlatego go zawieszam. Do kiedy? Może do następnej podróży :-) .

Bardzo dziękuję wszystkim łasuchom za życzliwe słowa i mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy w sieci lub osobiście. :-)

Fusion cuisine czyli kucharzenie polsko-amerykańskie

18 Czerwiec 2010

Jeff, Karen i Tim przyjechali w poniedziałek z Berlina. Strasznie było nam miło zobaczyć naszych przyjaciół, których poznaliśmy w Cairns i z którymi bawiliśmy się znakomicie w Sajgonie. Na szczęście oprócz tradycyjnego zwiedzania znalazł się czas także na kucharzenie.  Dość specyficzne, bo w menu znalazły się pierogi ruskie, czerwone i zielone curry oraz fasolka po tajsku. I od razu wyszły przyzwyczajenia i upodobania. Niektórzy bez najmniejszych zahamowań nałożyli sobie ruskie, obok ryż, fasolkę po tajsku i obficie polali całość sosem z curry. Inni najpierw zjedli pierogi, a dopiero później nałożyli sobie zestaw tajski. Jeszcze inni oznajmili, że ze wszystkich słodyczy najbardziej lubią ruskie i żadnych dodatków im nie trzeba. Zabawy było co niemiara.

Pierogi na pierwsze

Ze smakołyków zrobionych przez dzielną ekipę wybieram fasolkę po tajsku – przepis szybki i łatwy.

Fasolka po tajsku

Składniki

  • 30 dkg zółtej fasolki (może być także zielona albo obrane zielone szparagi)
  • 2 łyżki sosu ostrygowego
  • trzy ząbki posiekanego drobno czosnku
  • grubo mielony pieprz do smaku
  • olej

Wykonanie

Czosnek wrzucić na gorący, (ale nie wrzący) olej na 2 minuty, aż zapachnie w całej kuchni.

DSC_1699

Dodaj pozbawioną włókien fasolkę i smaż aż uzyska odpowiadający ci stopień twardości (właściwie to miękkości). Dodaj sos ostrygowy, dobrze rozmieszaj, dodaj pieprz i podawaj.

Fasolka już zrobiona

Kiedy w Limie westchnie kobieta

12 Czerwiec 2010

Kolonialna Lima wyrosła jako symbol triumfu hiszpańskich najeźdźców i europejska odpowiedź dla inkaskiego Cuzco, zrabowanego, zniszczonego, siłą nawróconego na chrześcijaństwo. Nawróconego zresztą powierzchownie i pozornie, z czego zresztą hiszpańscy kronikarze musieli sobie zdawać sprawę, bo jeden z nich kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu chrześcijaństwa zapisał taką oto modlitwę Inków: “Ziemi Pani, Płodna Pani! Spokojnego i bezpiecznego Inkę Króla, syna twego obejmij, miej go w swojej pieczy.”  Pacha Mama to Matka Ziemia i Pani Świata w jednym, niekiedy uważana za żeńskie oblicze Wirakoczy, Stwórcy o płci męskiej i żeńskiej jednocześnie – czczona jeszcze dzisiaj w Andach.

Centrum Limy Plaza de Armas 

Przejeżdżając przez przełęcze położone na wysokości 4500-4900 m n.p.m. widzieliśmy wiele kupek kamieni uformowanych w zgrabne stosiki i nie raz zastanawialiśmy się, skąd się one brały. Teraz już wiemy, że do dzisiaj Indianie w ten sposób powierzają Pacha Mamie (niekiedy nadając jej cechy Matki Boskiej) swoje troski i kilkaset lat nie zmieniło ich czci i podziwu dla Pani Ziemi. Lima żyła swoim życiem, Andy swoim.

Kamienne domki na przełęczy a przed nimi stosiki dla Pacha Mamy 

Odnoszę wrażenie, że trochę podobnie rzecz się ma z kuchnią peruwiańską – hiszpańskie wpływy bardzo widoczne są na wybrzeżu Peru, a w górach wciąż króluje quinoa – andyjskie zboże i kukurydza.

Zupa z quinoa 

Deser suspiro de limeňa (hiszp. westchnienie mieszkanki Limy) popularny nad Pacyfikiem niewątpliwie inspirowany jest kuchnią hiszpańską. Jego podstawą jest mleko (Inkowie mieli lamy, nie krowy), jaja (w Andach przed konkwistą kur nie było, a świnki morskie nie chciały jajek znosić) i porto (winorośl wprowadzili Hiszpanie). Chwytliwą poetycką nazwę wymyślił podobno José Gálvez, komplementując w ten sposób deser podany mu przez żonę, Amparo Ayarza. Co ciekawe, poeta zasłynął chyba głównie tym powiedzeniem, bo więcej o nim wzmianek brak.

Kiedy więc na górskich przełęczach Inkowie układali kamienie w stosiki oddając w ten sposób swoje troski Pacha Mamie, w stolicy nowego imperium hiszpańskie damy zajadały kajmakowe specjały. Czy wzdychały nad niedolą Inków? Tego nie wiadomo.

Westchnienie damy z Limy/Suspiro de Limeňa

Składniki

Pudding:

  • 350ml słodzonego mleka skondensowanego
  • 350 ml mleka zagęszczonego
  • 5 żółtek
  • ekstrakt waniliowy

Topping:

  • 250ml wermutu lub białego porto
  • 250 g cukru pudru
  • 3 białka
  • cynamon

Wykonanie

Wymieszaj mleko zagęszczone i skondensowane w rondelku. Doprowadź do wrzenia i gotuj około 40 minut, mieszając, aż uzyska kolor krówek i straci przynajmniej 25%-30% objętości. Ochłódź lekko. Do ciepłej, ale nie gorącej masy dodaj żółtka i ekstrakt waniliowy, wymieszaj i przelej do osobnych, niewielkich pucharków.

Masa gotowa do dekoracji

Cukier puder wmieszaj w porto, a następnie podgrzewaj aż cukier rozpuści się całkowicie a syrop się zagotuje. Gotuj przez 7 minut.

Ubij białka na sztywno. Pod koniec ubijania wlewaj gorący syrop i ubijaj aż piana ochłodzi się. Udekoruj deser pianą formując dowolnie :-) . Posyp szczyptą cynamonu.

Przepis pochodzi z książki Flor Arcayi de Deliot: “The Food & Cooking of Peru”.

Suspiro de limena wersja oryginalna

Uwagi dodatkowe

Deser bardzo słodki, porcje powinny być niewielkie, bo można się zasłodzić na amen. Nie próbować bez toppingu! Stanowi on znakomite przełamanie słodyczy kajmaku. Jak dla mnie im więcej wermutu (robiłam z Martini), tym lepiej ;-) . W Limie jedliśmy taki deser z lucumą  – tropikalnym owocem niedostępnym niestety poza Peru – wyszedł pyszny, nieco o orzechowym smaku. Widziałam  także wersje z chirimoyą (niestety nie próbowałam), ale akurat z tym owocem smakuje wszystko. Więc następnym razem suspiro de limeňa robię z truskawkami. Albo, jeszcze lepiej, z musem z dojrzałych brzoskwiń. Nie mogę doczekać się sierpnia…

Suspiro de limena wersja moja

Tandoor po polsku

4 Czerwiec 2010

Dawno, dawno temu gdzieś w Londynie zostałam zaproszona na kolację służbową do hinduskiej restauracji. To była moja hinduska inicjacja w iście królewskim wydaniu. Niewiele już z tamtych chwil pamiętam, ale nie zapomnę  relaksującego dotyku pachnących i ciepłych chusteczek, jakie nam podano do wytarcia rąk i smaku potrawy, której składu nie byłam w stanie dociec. Oglądałam kawałki warzyw – czy to były pataty, czy rzodkiew, czy rzepa – tego nie mogłam zgadnąć. Pływały sobie w gęstym czerwonym sosie, zapieczone apetycznie w tradycyjnym piecu. W glinianym piecu tandoor, jedynym chyba na świecie piecu o kształcie dzbana. Estetom i teoretykom żądnym wiedzy polecam reklamówkę:

A zwolenników nauk stosowanych zachęcam do obejrzenia innego, krótkiego filmiku:

… i odpowiedzi na pytanie: Dlaczego te placki nie spadają?

Mimo tego typu zagadek, tandoor budził we mnie jak najlepsze skojarzenia. Nic więc dziwnego, że podczas wizyty w Warszawie skusiła mnie perspektywa odwiedzenia restauracji Tandoor Palace określającej się jako najlepsza restauracja hinduska w Polsce. Pora była dość niewdzięczna – za późna na lunch, ale za wczesna na kolację, więc oprócz mnie w lokalu były jeszcze tylko dwie osoby. Przywitał mnie kelner o urodzie wyraźnie hinduskiej mówiący po polsku z przyjemnie znajomym, chropowatym akcentem. Dogadaliśmy się sprawnie – zamówiłam chicken masala, (rodzaj duszonki z kurczaka z przyprawami) i mango lassi – hinduski jogurt z mango (o doświadczeniach z lassi w Birmie pisaliśmy tu).

Papad – chrupki, delikatny naleśnik indyjski podano z sosami w charakterze przystawki. Sos z tamaryndowca  smakował, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to bardziej syrop niż sos. Był słodki i przejrzysty, jakby pamięć o owocach, z których go zrobiono, zatarła się i stała się tylko legendą. W moich kulinarnych wspomnieniach w tamaryndowych sosach znajdowały się maleńkie cząstki owoców, przywodzące na myśl domowe powidła. Smaki kwaśny i słodki równoważyły się i dopełniały. Sos, jaki jadłam w Tandoori Palace, był bardzo smaczny, ale w swojej słodkiej urodzie nieco zbyt jednoznaczny i oczywisty.

Masala z kurczaka i sos tamaryndowy

Masala była smaczna i lekko tylko pikantna, ale w sosie brakowało bardziej wyrazistego tonu i aromatu. Skala ostrości była zresztą wyraźnie dostosowana do polskich kubków smakowych. Opisana tu jako średnio ostra, na Fidżi czy w Birmie, gdzie jadaliśmy sporo w hinduskich knajpkach, uchodziłaby za nieostrą. Nic dziwnego – restauracja znajduje się w końcu przy Marszałkowskiej, a nie w bocznej uliczce Chennai czy Yangoonu.

DSC_1625Mango lassi za to okazało się zaskoczeniem. Zmiksowane do granic możliwości,  było pyszne, ale pyszne jak klasyczne smoothie (gęsty zmiksowany owocowy sok), nie jak lassi, które piliśmy w Birmie. Nie będę marudzić, że nie było czuć świeżych mango, bo takie żądanie byłoby czystą fanaberią, ale mam poważne podejrzenia, że aby przypodobać się gustom klientów do lassi dosypano sporo cukru (albo dosypał go producent pulpy z mango).  Chyba wolę wersję domową, lekko kwaskowatą, z kawałkami niedokładnie zmiksowanych owoców, ale mimo astronomicznej ceny, mango lassi w Tandoor Palace jest zdecydowanie warte grzechu. A może trzeba wybrać się do północnych Indii, żeby rzeczywiście przekonać się jak się je pije w Indiach najczęściej?

Wizytę w Tandoori Palace uważam za udaną. Obsługa była miła, a zamówione przeze mnie potrawy smaczne i ładnie podane. To, że zabrakło mi w nich tygrysiego pazura, to właściwie może oznaczać sporo plusów dla innych łasuchów, preferujących łagodniejsze smaki.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.