Coś mi wyrosło

Trawa cytrynowa Na parapecie wyrosła mi trawa. Zielona. Palczatka cytrynowa. Spora, żarłocznie wyciąga listki do słońca, w kuchni jakby pociemniało od tej zachłanności. Trawa ma historię. Półtora miesiąca temu przywiozłam ją z Bangkoku. Owiniętą w folię i dla pewności skrępowaną taśmą klejącą – żeby czasem nie wylazła z plecaka. Jechaliśmy z dwudniowym przystankiem w Londynie, a ona zakneblowana bardzo dokładnie tkwiła sobie w bocznej kieszeni plecaka i ani nie mruknęła, że chce pić. Dopiero w domu dostała wody, bidulka.

Wygląd początkowy: mało zachęcający. Barwa na początku podróży: bladozielona. Z wierzchu zdrowo wysuszona. Przycięta od góry bez litości. W Bangkoku kilkanaście godzin w lodówce, potem w luku bagażowym (też jej nie rozpieszczali), 4 dni bez wody, a następnie półtora miesiąca z towarzyszkami stłoczona w wazonie. I jest. Żyje. Kwitnie niemalże.  Korzonki jej się poplątały wprost  nieprawdopodobnie z korzonkami swoich współtowarzyszek. Najwyraźniej kocha te swoje koleżanki, bo oddzielić jedną z nich nie sposób – trzeba by te biedne korzonki poszarpać. Serce się kraje, więc kolejny dzień ją oszczędzam. Dziś w końcu zrobiło się majowo -  nareszcie! Będzie miała słońca, ile zapragnie, bo w końcu zasadzę ją w ogródku. Zaraz obok kijanek, które hodujemy w deszczówce od trzech tygodni. ;-)

Tagi:

Odpowiedzi: 7 do “Coś mi wyrosło”

  1. beatan mówi:

    Miałam pytać, czym się ona – bohaterka notki – różni od naszej trawy, ale kliknęłam w źródło i już widzę. Piękna będzie!

  2. Beata Kotełko mówi:

    co ważniejsze -smaczna, oj smaczna… :-) jest w prawie każdym przepisie kuchni tajskiej, a rosnąć może w naszym klimacie (pzynajmniej latem i wczesną jesienią…)

    • beatan mówi:

      To to się je??? Teraz to mi (Pani?) zabiła(ś) ćwieka. Wow! Jak się rozrośnie, zwrócę się z petycją o szczepkę :)

  3. Teresa mówi:

    Kupiłam kiedyś trawę cytrynową w postaci pasty, jako dodatek do potraw.
    Musze przyznać, że ma bardzo dobry smak – delikatna, o aromacie cytryny, ale łagodniejszym niż sam owoc. I jest lekko ostra.
    Jako dodatek do chińskich zup (nie tych z torebek :) ) – świetna.

    Właśnie wróciliśmy z mężem z Wielkiej Biesiady na wrocławskim Rynku, gdzie serwowano potrawy z 27 państw Unii Europejskiej.
    Skosztowałam tam słowackich halusek ze skwareczkami – no pyszotka :) (jeszcze sama ich nie zrobiłam, ale wszystko przede mną ;) ).
    Równie pyszny był sernik z żurawiną podawany na stoisku Finlandii (nazwa oryginalna – Karpalojuustokakku :) ).
    Polecam Wrocławianom tą imprezę!

    • Beata Kotełko mówi:

      Teresko, wielkie dzięki za minirelację :-) . Sernik z żurawiną? hmmmmm…..

      • Teresa mówi:

        Łasuchy wszystkich krajów łaczmy się ! :)

        Serniczek z żurawiną podawany był w porcji przypominającej ‘babeczkę’. Konsystencja nie przypominała puszystego ciasta serowego, a raczej budyń serowy. Schłodzony, z dużym kleksem powideł żurawinowych w środku. Mniam :)
        Poszperam w sieci może mi się uda znaleźć odpowiedni przepis.

  4. Jola mówi:

    Parę dni nie zagladałam do Łasucha, ale już się melduję. Byłam na wrocławskim Rynku na imprezie Europa na widelcu i też próbowałam ten w/w sernik. Smakowało. No to pędzę czytac dalej co tam Beatko opisałaś.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Gravatar
WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.