Na parapecie wyrosła mi trawa. Zielona. Palczatka cytrynowa. Spora, żarłocznie wyciąga listki do słońca, w kuchni jakby pociemniało od tej zachłanności. Trawa ma historię. Półtora miesiąca temu przywiozłam ją z Bangkoku. Owiniętą w folię i dla pewności skrępowaną taśmą klejącą – żeby czasem nie wylazła z plecaka. Jechaliśmy z dwudniowym przystankiem w Londynie, a ona zakneblowana bardzo dokładnie tkwiła sobie w bocznej kieszeni plecaka i ani nie mruknęła, że chce pić. Dopiero w domu dostała wody, bidulka.
Wygląd początkowy: mało zachęcający. Barwa na początku podróży: bladozielona. Z wierzchu zdrowo wysuszona. Przycięta od góry bez litości. W Bangkoku kilkanaście godzin w lodówce, potem w luku bagażowym (też jej nie rozpieszczali), 4 dni bez wody, a następnie półtora miesiąca z towarzyszkami stłoczona w wazonie. I jest. Żyje. Kwitnie niemalże. Korzonki jej się poplątały wprost nieprawdopodobnie z korzonkami swoich współtowarzyszek. Najwyraźniej kocha te swoje koleżanki, bo oddzielić jedną z nich nie sposób – trzeba by te biedne korzonki poszarpać. Serce się kraje, więc kolejny dzień ją oszczędzam. Dziś w końcu zrobiło się majowo - nareszcie! Będzie miała słońca, ile zapragnie, bo w końcu zasadzę ją w ogródku. Zaraz obok kijanek, które hodujemy w deszczówce od trzech tygodni.
Tagi: Tajlandia
31 Maj 2010 o 21:18 |
Miałam pytać, czym się ona – bohaterka notki – różni od naszej trawy, ale kliknęłam w źródło i już widzę. Piękna będzie!
31 Maj 2010 o 21:34 |
co ważniejsze -smaczna, oj smaczna…
jest w prawie każdym przepisie kuchni tajskiej, a rosnąć może w naszym klimacie (pzynajmniej latem i wczesną jesienią…)
2 Czerwiec 2010 o 21:56 |
To to się je??? Teraz to mi (Pani?) zabiła(ś) ćwieka. Wow! Jak się rozrośnie, zwrócę się z petycją o szczepkę
4 Czerwiec 2010 o 20:01 |
Kupiłam kiedyś trawę cytrynową w postaci pasty, jako dodatek do potraw.
) – świetna.
Musze przyznać, że ma bardzo dobry smak – delikatna, o aromacie cytryny, ale łagodniejszym niż sam owoc. I jest lekko ostra.
Jako dodatek do chińskich zup (nie tych z torebek
Właśnie wróciliśmy z mężem z Wielkiej Biesiady na wrocławskim Rynku, gdzie serwowano potrawy z 27 państw Unii Europejskiej.
(jeszcze sama ich nie zrobiłam, ale wszystko przede mną
).
).
Skosztowałam tam słowackich halusek ze skwareczkami – no pyszotka
Równie pyszny był sernik z żurawiną podawany na stoisku Finlandii (nazwa oryginalna – Karpalojuustokakku
Polecam Wrocławianom tą imprezę!
4 Czerwiec 2010 o 21:35 |
Teresko, wielkie dzięki za minirelację
. Sernik z żurawiną? hmmmmm…..
5 Czerwiec 2010 o 09:29 |
Łasuchy wszystkich krajów łaczmy się !
Serniczek z żurawiną podawany był w porcji przypominającej ‘babeczkę’. Konsystencja nie przypominała puszystego ciasta serowego, a raczej budyń serowy. Schłodzony, z dużym kleksem powideł żurawinowych w środku. Mniam
Poszperam w sieci może mi się uda znaleźć odpowiedni przepis.
12 Czerwiec 2010 o 21:41 |
Parę dni nie zagladałam do Łasucha, ale już się melduję. Byłam na wrocławskim Rynku na imprezie Europa na widelcu i też próbowałam ten w/w sernik. Smakowało. No to pędzę czytac dalej co tam Beatko opisałaś.