Słowacja to kraj młody i przez długi czas pozostawał częścią Austro-Węgier. Już w sferze kulinarnej trudno było tego nie zauważyć. W Bratysławie wielkie plakaty zachwalały kuchnię słowacką wymieniając typowe dla niej dania: Apfelstrudel, czyli (struclę z jabłkami), sznycel po wiedeńsku oraz tort Sachera, o którym pisałam w poprzednim poście. Nie bardzo nam to po słowacku brzmiało, bo w końcu z Wiednia jechaliśmy i zupełnie nie mieliśmy ochoty jeść sznycla po wiedeńsku w Bratysławie. Na szczęście rozejrzeliśmy sie tu i ówdzie i znaleźliśmy bar studencki o zachęcającej nazwie Slovak Pub.
Tego nam było trzeba. Słowacki pub na pięterku z widokiem na deptaczek. Nareszcie była nadzieja na spotkanie mieszkańców Bratysławy, a nie tylko samych turystów. Zgubiliśmy się prawie w labiryncie sal urządzonych w schroniskowo-ludowym stylu. Wszędzie mnóstwo było dużo ciemnego drewna, obrusiki cieszyły oko swojsko-sielską niebieską kratką, a malunki z Janosikiem przypominały, że ojczyzna już jest blisko. Menu, które obejrzeliśmy z ukontentowaniem, tym bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że jesteśmy w miejscu, w którym zażyjemy smaczków kulinarnych i lokalnych. I rzeczywiście od razu natknęliśmy się na wychodzące naprzeciw oczekiwaniom klienta nazwy zestawów “dla biednego studenta”, “dla studenta po wypłacie” oraz “takiego, który chce poderwać dziewczynę”. Były też potrawy babuni – w tej kategorii zdecydowanie dominowały pierogi. Wygrały halušky. Bryndzové, bo halušków jest ale mnóstwo. Z cebulką, z kiszoną kapustą, z oscypkiem, z kiełbasą…Bryndzové zaintrygowały nas najbardziej.
Niepozorne, twardawe kluseczki, troszkę podobne do tych, które jako dzieci mama robiła nam do pomidorowej. Tyle, że zamiast pomidorowej, halušky, jak przystało na kluseczki z górskim rodowodem, pływały w bryndzowym sosie. Charakterne – trzymały się zupełnie nieźle – sos był jedynie do nich dodatkiem, ale ich smaku nie zawładnął i nie zmienił ich ani trochę. Sos bryndzowy był miłym zaskoczeniem, bo sama bryndza jest przecież dość ostra w smaku, ale ze śmietaną nabiera subtelności. Przed oczami pojawił nam się obraz ogniska, gdzieś daleko w górach, takiego, które dogasa już i wrzucono do niego gałązki jałowca. Ogniska we mgle, po zachodzie, wokół którego stoi się w ciszy. Ogniska, którego zapach przesiąka jednak wszystko. Halušky… Chyba niedługo pojedziemy w Tatry…
A na koniec kilka słów dla łasuchów z zacięciem do kucharzenia:
Przepisów na halušky znalazłam mnóstwo szczególnie tu, na słowackiej stronie. Ich rozmaitość najwyraźniej świadczy o tym, że dowolność jest pożądana. Podaję więc zaimprowizowaną przeze mnie wersję.
Halušky
ziemniaki surowe 600g-700g
mąka około 200g
2 jaja
sól
Sos
bryndza – 1,5 opakowania
2 łyżki jogurtu (proporcja jogurtu do bryndzy w zależności od upodobań smakowych)
10 dkg boczku albo ogonówki
Wykonanie
Ziemniaki zetrzeć (jeśli tarka ma za grube oczka można poprawić blenderem). Dodać jaja, mąkę i sól. Wymieszać, odstawić na 10-15 minut. Przecierać przez sitko z otworami około 1cm (świetnie tę rolę pełnił stalowy pojemnik do suszenia sztućców
). Gotować 2-3 minuty. Wymieszać bryndzę z jogurtem – w razie potrzeby użyć blendera. Podsmażyć ogonówkę aż brzegi będą chrupiące. Polać sosem kluseczki. Podawać natychmiast. Zajadać ze smakiem!
Tagi: przepisy, restauracje, Słowacja
14 Maj 2010 o 12:07 |
Weekend się zbliża. Pogoda listopadowa, więc coś upichcę. I chyba to będą halusky
Bryndzę zakupiłam. Boczuś lub ogonówkę muszę jeszcze wypatrzyć na skwarki i będzie słowacki obiad w zadeszczonym Wrocku
17 Maj 2010 o 09:25 |
Uwaga tylko na sos. Polecam próbowanie z kluseczkami, bo bryndzy w sosie musi być znacząca ilość – jak się próbuje samego sosu, o wydaje się, że bryndzy w zupełności wystarczy, a potem niespodzianka, bo bryndzy z kluseczkami nie czuć wcale.